TA STRONA UŻYWA COOKIE.
Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na korzystanie z cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
statystyki
chignahuapan
Arka-Facebook Arka-Instagram Arka-Twitter Arka-YouTube Arka-TV Bilety Liga typera Stowarzyszenie Inicjatywa Arka
gdyniasport

Aktualności

img

04.04.2020

Krzysztof Sobieraj: Arka podczas sztormu

Trener Krzysztof Sobieraj obejmując zespół tuż przed derbami nie wiedział jeszcze, że... do meczu nie dojdzie z powodu epidemii. A problemy dopiero nadchodzą - mówi w rozmowie z TVPSPORT.PL.

Dawid Brilowski, TVPSPORT.PL – Czuje się pan jak kapitan statku podczas sztormu?
Krzysztof Sobieraj – Czuję się bardziej jak zakładnik. Sytuacja, która dotknęła cały świat, jest trudna.

 

– Można panować nad drużyną w takich czasach?
– Gdy przejmowałem zespół byłem świadomy, że nie mamy dobrej passy i wpadliśmy w kłopoty. Liczyłem się z tym, że to będzie bardzo trudna misja, ale nie mogłem spodziewać się, że dojdzie do takiej sytuacji, w której świat się zatrzyma.

 

– Pozostając przy metaforze statku – buja nim już od jakiegoś czasu. Tak porządnie zaczęło chyba podczas konfliktu kibiców z ówczesnym właścicielem – Dominikiem Midakiem. Odbijało się to na szatni?
– I trenerzy i piłkarze mają oczy i uszy. Widzieliśmy i słyszeliśmy co się dzieje – choćby podczas naszych meczów na stadionie w Gdyni. Staraliśmy się od tego odciąć, ale na dłuższą metę człowiek nie jest w stanie udawać, że nic się nie dzieje. Ten konflikt na pewno nam nie pomagał, a wręcz przeciwnie.

 

– Pojawiły się wówczas m.in. informacje o kłopotach finansowych. Był strach, że przyjdzie moment, w którym wypłaty rzeczywiście nie będzie?
– Dochodziły do nas takie sygnały, ale ja, cały sztab trenerski i zawodnicy bardzo mocno wierzyliśmy w to, co mówił nam właściciel. On spotykał się z nami kilkukrotnie i zapewniał, że nic złego się nie dzieje. Staraliśmy się więc odciąć od tych doniesień i grać dalej.

 

Tutaj muszę być uczciwy i powiedzieć też, że nieprawdą jest, że w tej chwili mamy ogromne zaległości w wypłatach. Nieuregulowany jest tylko miesiąc luty – a i to nie u wszystkich zawodników, bo niektórzy otrzymali pełne wynagrodzenie, a inni część. Ale problemy dopiero nadchodzą.

 

– Co pan ma na myśli, mówiąc o nadchodzących problemach?
– Na początku marca prezes Sobczak wezwał nas na rozmowę i jasno zakomunikował, że w klubowej kasie są pustki, a budżet się nie spina. Powiedział, że w tej sytuacji musi zamrozić nasze pensje i będzie wypłacał wszystkim takie same kwoty, żebyśmy mogli dokończyć sezon i żeby klub mógł w miarę normalnie funkcjonować. Było to jeszcze przed tym, jak koronawirus pojawił się w Polsce.

 

– Jak tę informację przyjęli zawodnicy?
– Było duże oburzenie, bo właściciel jeszcze kilka tygodni wcześniej twierdził zupełnie coś innego. Mimo to potraktowali tę informację z pełną powagą. Każdy był świadomy, w jakiej sytuacji się znajdujemy.

 

– Kontaktowaliście się z właścicielem, żeby wyjaśnić ten zgrzyt?
– Wykonaliśmy telefon do właściciela. Tłumaczył, że miasto zawsze wspierało finansowanie klubu, a po wycofaniu narodziły się problemy.

 

– Pozostając przy kwestii finansów – według rozporządzenia Ekstraklasy kluby mogą obniżyć pensje o 50 procent. Wiecie już jak będzie to rozwiązane w Arce?
– W większości przypadków zgadzamy się na pewne ustępstwa. Ale muszę stanąć po stronie zawodników, bo należą im się jeszcze pieniądze za luty i połowę marca. Nie może być tak, że ich nie dostaną, zgodzą się na cięcie pensji, a porozumienia i tak nie będą regulowane z powodu braku pieniędzy.

 

Myślę, że jesteśmy na tyle inteligentnymi ludźmi, że znajdziemy porozumienie z zarządzającymi klubem. Zawodnicy na pewno zgodzą się na duże ustępstwa w trakcie pandemii, ale muszą dostać zaległe pieniądze sprzed jej początku, które im się należą.

 

– Pan osobiście jest w stanie zrezygnować z części pieniędzy?
– Ja złą sytuację finansową widziałem już od stycznia, gdy zabrakło pieniędzy na transfery. W tamtym czasie byłem dogadany z właścicielem, że do końca roku będę zarabiał mniej, a od 1 stycznia dostanę podwyżkę. Powiedziałem mu jednak, że widzę w jakiej sytuacji jest klub i nie oczekuję większej pensji.

 

– A jeśli chodzi o dzisiejszą sytuację – są prowadzone rozmowy z zespołem na temat kolejnych ustępstw?
– Tak. Mam nadzieję, że każda wątpliwość będzie rozwiązana podczas rozmów w klubie, a nie na forum publicznym. Tak do tego podchodzę. Ale wszystko w rękach prezesa Sobczaka. Uważam, że jest mądrym człowiekiem i będzie wiedział jak to rozegrać.

 

– Widzę u pana dużą wiarę w ten klub. Tymczasem dużo mówiło się o tym, że dla Arki walka o utrzymanie jest tak naprawdę walką o dalszy byt. Jest w tym coś?
– Coś na pewno, bo pieniądze w Ekstraklasie i I lidze są nieporównywalne. Nikt nie zaprzeczy, że w Ekstraklasie wszystkim funkcjonuje się znacznie lepiej. Z drugiej strony widzimy jakie miejsce mamy w tabeli i musimy brać pod uwagę jakiś plan B – być na tę sytuację przygotowani. Zewsząd słyszymy o problemie finansowym. Nie jest to komfortowa sytuacja do tego, by normalnie trenować – o ile jakimś cudem wrócimy do zajęć.

 

– Jest w was nadzieja, że sezon wróci?
– Taka sytuacja może się zdarzyć chyba tylko teoretycznie. Pandemia wciąż się rozwija. Myślę, że nikt nie zdecyduje się na to, by narażać zdrowie i życie nie tylko zawodników, ale także ich rodzin. Nie sądzę, że liga zostanie wznowiona. A to rodzi kolejny problem, bo przecież kluby na tych spotkaniach zarobiłby olbrzymie pieniądze. Mimo wszystko jestem optymistą. Wierzę w ten klub. Nie bez kozery mówi się, że Gdynia to Arka, a w Gdyni Arka to religia i mocno wierzę w to, że mimo wszystko znajdą się ludzie, którzy w trudnych momentach udzielą wsparcia.

 

– Przez pandemię nie miał pan okazji odbyć z piłkarzami zbyt wielu normalnych treningów.
– Od momentu objęcia zespołu mieliśmy cztery takie normalne jednostki treningowe. Nie tak to sobie wyobrażałem, bo miałem pomysł na ten zespół i chciałem go wdrażać. Pandemia pokrzyżowała mi plany. Treningi i mecze przestały być najważniejsze.

 

– Trener Rogić żegnając się z klubem stwierdził na konferencji, że już po meczu z ŁKS-em wiedział, że odejdzie. Czy pan też już wtedy zaczął przygotowywać się do objęcia posady?
– Absolutnie nie. Nie wiedziałem, że dojdzie do takiej sytuacji. Po meczu z Wisłą Płock dostałem telefon z klubu. Poproszono mnie, żebym to ja objął stanowisko pierwszego trenera. Przyjąłem tę propozycję, bo wierzę w siebie. Mam swoje marzenia i ambicje. Póki co dostałem pozwolenie na prowadzenie zespołu w trzech najbliższych meczach. I zdaję sobie sprawę, że to i tak sporo. Bo to jeszcze nie jest mój czas. Zawsze marzyłem o tym, żeby być trenerem Arki, ale za kilka lat. Sytuacja zmusiła klub do takiej decyzji już teraz. Trzeba to zaakceptować i uszanować.

 

– Został pan rzucony na bardzo głęboką wodę. Gdy obejmował pan stanowisko nikt jeszcze nie mówił o zawieszeniu ligi. W perspektywie miał pan derbowy mecz z Lechią za kilka dni.
– Nie boję się wyzwań. Nie byłem tym absolutnie zestresowany, bo do tej roli przygotowuję się od kilku lat. Wiem na co mnie stać i uważam, że mam odpowiednie predyspozycje, by być trenerem. W przyszłości, bo póki co uważam się wciąż za kandydata na trenera. Ale nie mogłem odmówić klubowi, któremu tyle zawdzięczam.

 

– Miał pan już w głowie plan na to jak poukładać tę drużynę? Byłby to autorski pomysł, czy kontynuacja wizji trenera Rogicia?
– Każdy ma swój pomysł na zespół. Wiele rzeczy widziałem inaczej od trenera Rogicia. Nie raz przekazywałem mu swoje wskazówki. Ale wiadomo, że to pierwszy trener decyduje o wszystkim, bierze na siebie odpowiedzialność. Proszę mi wierzyć, że ja wiem, jak chcę, żeby ta Arka grała. I wierzę w to, że nasz styl się zmieni. Bo jest w tym zespole potencjał na to, żeby znacznie lepiej funkcjonował.

 

– Co przede wszystkim chciałby pan zmienić w drużynie?
– Już w pierwszych treningach zmieniłem system gry na taki, w którym moim zdaniem zespół funkcjonowałby lepiej. Po drugie pracowaliśmy nad odbiorem piłki – takim agresywnym doskokiem do przeciwnika już na jego połowie. Będę kładł na to duży nacisk. Po trzecie chciałbym pracować nad stałymi fragmentami gry. Dostrzegam w nich potencjał, a do tej pory mocno kuleliśmy w tym aspekcie.

 

Do szatni wszedłem z buta. Nie chcę zdradzać szczegółów, ale zmieniły się pewne zasady. Zawodnicy dosadnie zrozumieli mój scenariusz na końcówkę sezonu. Krytycy mówią, że "Sobieraj nie ma doświadczenia". Oczywiście, mają rację. Ale Sobieraj ma w głowie swój plan.

 

– Myślę, że plusem dla pana jest też to, że jest pan związany z Arką od dawna. Ma pan posłuch.
– Zgadzam się. Mam szacunek u zawodników – ciężko pracowałem na niego przez lata. Ktoś może powiedzieć, że to minus, że z niektórymi grałem w piłkę. Ale proszę wierzyć, że potrafię być skurczybykiem, kiedy trzeba. Myślę, że na ogół jestem w porządku, ale jak ktoś nie gra ze mną w tej samej drużynie, potrafię stać się wielkim, okrutnym draniem. W mojej filozofii gry w piłkę nie ma „gwiazd”. Nie mam też problemu, żeby zmienić kapitana, czy zasady, które do tej pory obowiązywały. I jestem przekonany, że sobie poradzę – o ile będzie mi dane, bo nie wiadomo przecież, jak sytuacja na świecie się poukłada.

 

– Zakładając hipotetycznie, że liga zostanie w tym momencie zakończona, po 26. kolejce, czy da się jakoś to rozstrzygnąć, żeby nikt nie został pokrzywdzony?
– Nie ma tutaj złotego środka. Władze będą miały do podjęcia bardzo trudną decyzję. Ja ze swojej perspektywy uważam, że jeśli są jeszcze do rozegrania jakieś mecze, zawsze pozostanie niesmak. Zawsze ktoś będzie mógł powiedzieć, że w tej uciętej końcówce miał lepszy terminarz. Myślę, że rozsądnym rozwiązaniem byłoby poszerzenie ligi już teraz. I z tego, co słyszę, taki scenariusz jest najbliższy.

 

– Słyszałem też o wariancie, żeby dograć te cztery kolejki. Macie sześć punktów straty do wyjścia ze strefy spadkowej, a w terminarzu Lechię, Legię, Śląsk i Wisłę. Odrobienie tej straty byłoby możliwe?
– W polskiej lidze każdy może wygrać z każdym. Nikt nie powie z całą pewnością, że Wisła wygra wszystkie mecze albo że wszystkie przegra. Nie wiadomo co będzie. Jest mnóstwo znaków zapytania.

 

– Dla pana bardzo istotnym znakiem zapytania jest to, jak utrzymać formę zespołu podczas tak długiej przerwy?
– To bardzo ciężkie zadanie, ale wszyscy mają takie same warunki i szanse. Rozwiązań nie ma – można rwać sobie włosy z głowy, ale nikt nie wie, co robić, bo jeszcze nigdy nie było takiej sytuacji. Nawet w przerwach między rundami trenowaliśmy przecież, graliśmy sparingi. Teraz nie mamy niczego. Jeśli to przetrwam na początku swojej przygody trenerskiej, to później chyba nic mnie już nie zaskoczy.

 

– Jak to u was wygląda z treningami?
– Od dwóch tygodni trenujemy indywidualnie. Zawodnicy mają wszystko rozpisane, a ja monitoruję ich za pomocą specjalnej platformy. Sytuacja skomplikowała się na początku kwietnia. Od tego czasu, z powodu kolejnych obostrzeń spowodowanych pandemią, wykonują wyłącznie trening funkcjonalny w domach. Ma się to nijak do profesjonalnego treningu piłkarza.

 

– Mają własny sprzęt czy powybierali z klubowej siłowni?
– Były również takie sytuacje, że niektórzy pobrali sprzęt z klubu. Niektórzy szybko odwiedzali sklepy, póki były czynne. Każdy ratował się jak może, ale wszystko jest na wariackich papierach. Patrząc na to wszystko nie wiem jakim trzeba być optymistą, żeby wierzyć, że zagramy dalej.

 

– Sytuacja jest nieprzewidywalna.
– Myślę, że zapominamy też w tym wszystkim o innej ważnej rzeczy. Żaden sportowiec nie był jeszcze w takiej sytuacji. Obym się pomylił, ale obawiam się, że ten okres część sportowców może przypłacić depresją. To nie jest normalna sytuacja w życiu osoby przyzwyczajonej do ruchu. Nie każdy zdaje sobie z tego sprawę.

 

Pan musi o czymś pisać, a ja muszę trzymać zespół "na ogniu" i cały czas motywować. Ale obawiam się, że wszyscy się nawzajem okłamujemy, a prawda jest taka, że o piłce musimy zapomnieć na kilka miesięcy.

 

Rozmawiał: Dawid Brilowski

 

http://arka.gdynia.pl/images/galeria_zdjecie/big/tvpsport_93564777c930da302725e5f2d415aa52.jpg








Poprzedni Następny

Mapa Strony