TA STRONA UŻYWA COOKIE.
Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na korzystanie z cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
statystyki
chignahuapan
Arka-Facebook Arka-Instagram Arka-Twitter Arka-YouTube Arka-TV Bilety Liga typera Stowarzyszenie Inicjatywa Arka
gdyniasport

Aktualności

img

18.12.2019

Diabelski młynek będzie kręcił ligą

Graliśmy we Władysławowie. Do przerwy przegrywaliśmy aż 0:3. Wpadłem do szatni i krzyknąłem: „Nie będzie pizzy ani lodów!”. Bo takie nagrody im fundowałem. „Po co my tu przyjechaliśmy? Nie jest wam wstyd?!” dodałem i wyszedłem. Ostatecznie wygraliśmy 6:3, a pięć goli strzelił Mateusz. Lubił grać z numerem dziesięć i całą drugą połowę trener rywali darł się: „Pilnujcie dziesiątki!”. Ale jego nie dało się zatrzymać, wszystkie spotkania nam wygrywał. Wszystkie – opowiada Henryk Jaskólski o Mateuszu Młyńskim, najlepszym młodzieżowcu Arki.

 

Ostatni mecz ligowy gdynian z KGHM Zagłębiem Lubin (2:1) pokazał, że być może wkrótce 18-latek będzie pełnił taką rolę w drużynie znad morza.

 

Porządek musi być

Przodkowo to spora, licząca niecałe 10 tysięcy mieszkańców wieś na Kaszubach w powiecie kartuskim, około 40 minut jazdy samochodem z Gdyni. Przy ulicy Sportowej jest tu szkoła podstawowa połączona z halą widowiskowo-sportową. Wybudowana prawie 20 lat temu, ale wciąż ładna i zadbana.

 

Po wejściu w oczy rzucają się cytaty na ścianach: „Kto walczy, ten może przegrać, a kto nie walczy, ten już przegrał” niemieckiego pisarza Bertolta Brechta oraz słowa Jana Pawła II: „Sport najlepszą drogą do pokonania granic”. Kilkadziesiąt metrów od hali jest siedziba klubu GKS Przodkowo. Po prawej stronie boiska domki jednorodzinne, po lewej niewielkie jezioro, które kiedy wpadnie tam piłka, staje się koszmarem młodych sportowców. Na szczęście nie zdarza się to często, a jeśli nawet, to obok jest łódka, która ułatwia wyłowienie zguby.

 

– Kiedy zespół wygrywa, można korzystać z łódki. Po porażkach zawodnik musi dostać się po piłkę wpław – żartuje Piotr Młyński, ojciec Mateusza i były znany na Kartuzach zawodnik zespołów niższych lig.

 

W obu miejscach, w hali i w klubie, najważniejszą postacią jest Jaskólski. To pierwsze dzierżawi. Drugie założył w 1995 roku i jest jego prezesem. Od razu widać, że u niego musi być porządek. „Co ty tam masz? Nie wiesz, że do hali nie wolno wnosić napojów?” – zatrzymuje na oko 13-letnią dziewczynkę schodzącą z trybun.

 

W klubie to samo. Kiedy tylko widzi nieporządek, natychmiast interweniuje. Dla nikogo nie ma żadnej taryfy ulgowej.

 

– W dzisiejszych czasach piłkarz nic nie umie, pyta tylko, ile będzie zarabiał. Chłopie, najpierw pokaż coś na boisku! Mają tu dobrze. Prać nie muszą, codziennie przychodzi pani, która robi to za nich. Oni nie dbają o nic. Brudne buty przynoszą i myją pod kranem. „W domu też tak robicie?! – pytam – opowiada pan Henryk. On został wychowany inaczej, nauczony pracy. – Gdy rozpoczynałem działalność w klubie, nie było tu nic. Pamiętam, jak graliśmy mecz w A-klasie. Miał się zacząć o godzinie 14, ale w nocy padał deszcz. To wziąłem szambiarkę i od samego rana jeździłem wężem i ściągałem błoto, żeby spotkanie się odbyło. A teraz piłkarze tylko o kasie myślą. Czasem mówię na nich „kopacze”, a nie „piłkarze”. Możesz pan to napisać! – denerwuje się Jaskólski.

 

W tym sezonie pewnie rzadziej zespół jest liderem IV ligi pomorskiej. Ale kiedy w poprzednich rozgrywkach GKS miał słabszy moment, Jaskólski wychodził z siebie. Jak wtedy, gdy byli na meczu z ostatnią w tabeli Pogonią Lębork, który przegrali 0:3. Jaskólski po pierwszej połowie wsiadł w auto i wrócił do domu, bo, jak twierdzi, nie dało się tego oglądać.

 

Wypatrzony na wf

Pewnie byłoby inaczej, gdyby Jaskólski w składzie miał Mateusza Młyńskiego. Wówczas byłyby i wygrane, i efektowna gra. Jego prezes GKS nigdy nie nazwałby „kopaczem”. Wypatrzył go kiedyś w hali podczas lekcji wf. Ma w zwyczaju siadać z boku i obserwuje ćwiczące dzieciaki. Mateuszowi zaproponował treningi w klubie. Ale GKS miał drużynę z rocznika 1997, co stanowiło problem, ponieważ chłopak był aż o cztery lata młodszy. Przepisy mówią, że zawodnik może dołączyć do grupy maksymalnie o dwa lata starszej, ale na szczęście dla prezesa nie ma sprawy nie do załatwienia.

 

– Dostałem zgodę od pionu szkolenia w Gdańsku na treningi Mateusza ze starszymi. Oni konusy, on mały chłopiec, ale pod względem umiejętności piłkarskich wszystkich przerastał! Prawdziwy łowca bramek, nie było meczu, w którym nie strzelił gola – opowiada Jaskólski.

 

Na przedmeczowych zbiórkach zawsze był pierwszy, nigdy się nie spóźniał. Cichy, spokojny, nie sprawiał problemów wychowawczych. Ale na boisku bezczelny, uwielbiał dryblować i ośmieszać rywali. Oraz, niestety, kolegów. Kiwał ich po kolei, zakładał siatkę i śmiał się. Prezes z Przodkowa wspomina, że z tego powodu Młyński nie był za bardzo lubiany w zespole.

 

- Chcieli go pobić i musiałem wkraczać, żeby nie dochodziło do rękoczynów. Trochę się chłopakom nie dziwię, sam bym się wkurzał, gdyby mnie ośmieszał ktoś o cztery lata młodszy. Mateusz nauczył się odwagi w dryblowaniu właśnie wtedy, podczas gry ze starszymi. Czasem przesadzał, bo mógł podać koledze, a zamiast tego musiał jeszcze kogoś okiwać. Zawsze mu wybaczałem, bo jedną akcję zepsuł, a potem nadrabiał trzema golami. Podziwiałem go za to – opowiada pierwszy trener Młyńskiego.

 

Umiejętność dryblingu Młynka można było zobaczyć rok temu w meczu ekstraklasy ze Śląskiem. 18-latek minął dwóch rywali jak juniorów i strzelił gola, po którym trener Zbigniew Smółka długo stał, trzymając się za głowę.

 

Mogłeś nas uprzedzić...

Przodkowo szczyci się, że Młyński to pierwszy ze wsi reprezentant Polski (drużyny juniorskie). Jaskólski jest dumny z wychowanka, żałuje tylko, że tak szybko chłopiec poszedł do Arki.

 

– Miałem już taki przypadek. Z braćmi Kraftami. Jedziemy kiedyś na mecz z Arką. Jest zbiórka, a ich nie ma. Ja wkurzony, bo to dwa filary drużyny. Mieszkają niedaleko, więc wysłaliśmy po nich kapitana. W domu nikogo nie zastał. Trudno, jedziemy bez nich. Dojeżdżamy na stadion w Gdyni, a chłopaki mówią: „Trenerze, wszystko okej, Krefciki już są na boisku!”. Ja zdziwiony, o co chodzi, ale niech będzie. Wypisałem skład, ich oczywiście też, i daję sędziemu. Ten wraca po chwili: „Ale ci dwaj nie mogą zagrać, bo są wpisani w Arce”. Okazało się, że dzień wcześniej rodzice przenieśli ich do Gdyni. Dlatego winię trochę jego – Jaskólski pokazuje na siedzącego obok Piotra Młyńskiego – że nic nie powiedział, to może byśmy od Arki coś za Mateusza dostali albo dogadali się na procent od następnego transferu. Tatuś zrobił, jak zrobił. Miałem żal, ale mi przeszło – mówi Jaskólski.

 

Piotr Młyński:

– To może ja przedstawię swoją wersję. Mateuszem interesowała się Arka i Lechia. Był wtedy w piątej klasie. Woziłem go raz w tygodniu na treningi do Gdyni i z tego, co wiem, prezesi klubu wysłali do Przodkowa pismo z informacją.

 

Jaskólski:

– Klub ma obowiązek wysłać takie pismo i je dostaliśmy. Chodzi o to, że mogłeś nam wcześniej powiedzieć. Nie chciałem żadnych wojenek, chodziło tylko o to, żebyś nas uprzedził, przygotował na tę sytuację.

 

Żeby kontuzje omijały

W tej kwestii obaj mogą się różnić, ale w jednym się zgadzają: Mateusz to wielki talent, który może namieszać w ekstraklasie. Warunek jest jeden: muszą go omijać kontuzje. A z tym nie było najlepiej. Rok 2019 pomocnik Arki zmarnował na leczenie. Najpierw w styczniu, już drugiego dnia zgrupowania w Turcji, złamał kość strzałkową i musiał wracać do kraju. Wcześniej trener Smółka przyznawał, że Mateusz jest w życiowej formie i prawdopodobnie będzie grał w pierwszym składzie. Zamiast tego musiał wracać do kraju. Kilka miesięcy później 18-latka znów dopadł pech: naderwał więzadło poboczne w kolanie.

 

– Myślę, że wszystko, co najgorsze, jest już za nim. Mateusz ma mocną psychikę, na boisku nie kalkuluje. Powiedział, że czuje się lepiej niż przed kontuzjami –mówi tata piłkarza.

 

Można w to wierzyć, bo ostatnie spotkanie z Zagłębiem Lubin (2:1) było jego prawdziwym popisem – najpierw strzelił gola, później zaliczył asystę – poprzedzoną oczywiście efektownym zwodem. Nie ma zatem wątpliwości, akcje którego młodzieżowca Arki stoją w tym momencie najwyżej.

 

– Jeśli będzie zdrowy, na pewno wiele da drużynie. Z tego, co wiem, współpraca z trenerem bardzo mu się podoba. Aleksandar Rogić preferuje ofensywny styl, co Mateuszowi odpowiada – dodaje Piotr Młyński.

 

Jest więc szansa, że wkrótce Przodkowo będzie miało więcej powodów do dumy.

 

Jarosław Koliński








Poprzedni Następny

Mapa Strony