TA STRONA UŻYWA COOKIE.
Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na korzystanie z cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

chignahuapan

Aktualności

img

12.05.2019

Pavels Steinbors: Arkę podpowiedziało serce (cz.II)

W pierwszej części rozmowy, którą możecie przeczytać TUTAJ, Pavels opowiedział między innymi o: początkach swojej kariery, ulubionych miejscach i egzotycznym epizodzie w Republice Południowej Afryki. Czas na część drugą, w której przez Zabrze dotrzemy do Gdyni i na Stadion Narodowy.

 

 

 

PAWEŁ MARSZAŁKOWSKI I ANDRZEJ RUKŚĆ: Po roku spędzonym w RPA uznałeś, że leżakowanie nad oceanem nie jest dla ciebie i trafiłeś do Zabrza. Żadnego oceanu, żadnego morza... A co takiego w Zabrzu było, że zdecydowałeś się podpisać kontrakt z Górnikiem?

 

PAVELS STEINBORS: Powinniście zapytać: kto.

 

Kto?

 

Adam Nawałka. Ale najpierw musimy cofnąć się w czasie. Jeszcze zanim wyleciałem do RPA, skontaktował się ze mną Jarosław Tkocz, trener bramkarzy w Górniku. „Cześć Pavlos” – napisał. I dalej: „Może przyjedziesz do Zabrza na testy?”. Poprosiłem o trochę czasu, a za chwilę przyleciał trener Turek z Durbanu i klamka zapadła. Grzecznie podziękowałem więc panu Tkoczowi i temat się urwał. Na rok. W najmniej spodziewanym momencie telefon znowu się odezwał: „Co u ciebie? Gdzie jesteś?”.

 

I gdzie byłeś?

 

Akurat wróciłem z RPA na Łotwę i w domu czekałem na kolejne opcje. Mój znajomy miał kontakty w Anglii, w klubach z Championship i League Two, więc zasugerował, żebym przez kilka tygodni potrenował z jakimś łotewskim zespole, a jak sytuacja się wyklaruje, to polecimy na Wyspy. Po wiadomości od trenera Tkocza plan trochę się zmienił – znajomy doradził, żebym spędził kilka dni w Zabrzu, zupełnie bez presji, a kiedy pojawi się konkret z Anglii, przeniesiemy się tam.

 

Poleciałeś więc na Śląsk.

 

A tam przywitał mnie trener Adam Nawałka, o którym wcześniej nie wiedziałem zupełnie nic. Życzył powodzenia i zaprosił na trening. Już od pierwszych zajęć praktycznie wszystko mi wychodziło, aż dziwiłem się sam sobie. Oczywiście dawałem z siebie maksa, ale nie wiązałem przyszłości z Górnikiem. Tym bardziej byłem zaskoczony własną formą.

 

Trener Nawałka był pod wrażeniem?

 

Podszedł do mnie po ostatnim sparingu i powiedział, że widzi mnie w swojej drużynie. Obok stał dyrektor finansowy klubu z przygotowaną umową. Trener poprosił, żebyśmy porozmawiali o warunkach. Tyle że te nie były do końca takie, jakich się spodziewałem. Podziękowałem więc i zdecydowałem, że wracam na Łotwę. Za moment natknąłem się na trenera Nawałkę, który zapytał: „To co? Widzimy się za trzy dni?”. Wytłumaczyłem mu, że rozmowy nie przebiegły pomyślnie. „Poczekaj tu chwilę” – powiedział i poszedł do dyrektora. Wrócił po 30 sekundach: „Umowa taka jak chciałeś. Do zobaczenia!”.

 

Anglia przestała cię kusić?

 

Podpisałem dwuletnią umowę z Górnikiem. Duży wpływ miał na to właśnie trener Nawałka. Już po kilku treningach byłem przekonany, że to świetny fachowiec. A dosłownie kilka sekund wystarczyło, żeby zrobił wrażenie również jako człowiek. Bardzo konkretny i na wysokim poziomie.

 

Więc nie byłeś zaskoczony, kiedy obejmował reprezentację Polski?

 

Bardzo się ucieszyłem i byłem pewny, że poradzi sobie z tym zadaniem.

 

Gdy podpisywałeś kontrakt z Górnikiem, wciąż nie miałeś na koncie debiutu w reprezentacji. Dlaczego? Przecież od lat byłeś uważany za jeden z największych talentów w kraju i do tego grałeś w najlepszych łotewskich klubach.

 

Łotwa nie jest potęgą piłkarską, ale bramkarzy ma dobrych. Szczególnie w ostatnich latach. Trudno było się przebić.

 

Ale cierpliwość popłaciła. Nieszczęście jednego, szczęściem drugiego – Andris Vanins doznał kontuzji podczas meczu eliminacyjnego z Macedonią Północną i wskoczyłeś do bramki. Również na mecz z Polską na Stadionie Narodowym. Robert Lewandowski i spółka długo nie potrafili znaleźć na ciebie sposobu. Czujesz, że dałeś do myślenia selekcjonerowi?

 

Nie wiem, co będzie dalej. Wiem, że dostałem szansę i zrobiłem wszystko, żeby jak najlepiej ją wykorzystać. Póki co selekcjoner nie podjął decyzji, kto będzie numerem jeden w kolejnych meczach.

 

Vanins to na Łotwie nie byle kto, prawda?

 

Można powiedzieć, że jest takim łotewskim Gianluigim Buffonem. Przez kibiców uznawany jest za legendę. Zaledwie cztery mecze brakują mu do okrągłych stu rozegranych w reprezentacji. Ma już 39 lat, ale należy mu się szacunek i podziękowanie za wszystko, co zrobił dla naszej piłki.

 

Co siedziało w twojej głowie przed meczem z Polską na Narodowym?

 

Kiedy jechałem na zgrupowanie, myślałem, że fajnie będzie znowu znaleźć się na stadionie, na którym przeżyłem tyle emocji. Nie zakładałem wówczas, że wyjdę w pierwszym składzie. Chciałem po prostu znowu tam się znaleźć, poczuć tamtejszy klimat. Gdy okazało się, że jednak zagram, ogarnęło mnie coś na kształt euforii. A potem wyszedłem na boisko i zrobiłem, co w mojej mocy. To było niesamowite przeżycie.

 

Po meczu wymieniłeś się koszulką z Wojciechem Szczęsnym. Wisi teraz w twoim pokoju?

 

Nie, prędzej w pokoju Vaninsa, który w przeciwieństwie do mnie jest kolekcjonerem koszulek – to dla niego ją zabrałem. To musi być cenny nabytek, bo Szczęsny jest w tej chwili w światowym topie bramkarskim.

 

 

 

A którego z golkiperów uważasz za najlepszego?

 

Dla mnie numerem jeden zawsze był Edwin van der Sar. Z tych, którzy wciąż grają, najwyżej cenię trio: David de Gea, Jan Oblak, Manuel Neuer. Choć akurat Niemiec w zdecydowanie lepszej formie był kilka lat temu.

 

A jaki był najlepszy napastnik, przeciwko któremu grałeś?

 

Hmm… Robert Lewandowski? Całkiem możliwe, że właśnie on. Grałem też przeciwko młodzieżowej reprezentacji Portugalii, w której byli Ricardo Quaresma i Hugo Almeida – obaj klasowi zawodnicy.

 

A jak oceniasz Krzysztofa Piątka? Jeszcze w poprzednim sezonie broniłeś jego strzały.

 

Oj, był bardzo groźny. Trzeba było na niego uważać, wyróżniał się na tle innych zawodników.

 

Czy to prawda, że kilka miesięcy temu rozważałeś rezygnację z występów w kadrze? Jeździłeś na kolejne zgrupowania i wciąż siadałeś na ławce rezerwowych – to może być frustrujące.

 

Miałem wtedy problemy z plecami. Rozmawialiśmy z żoną i wspólnie zastanawialiśmy się, czy podczas przerw reprezentacyjnych nie mógłby spędzać trochę dodatkowego czasu z rodziną. W końcu zdrowie ma się jedno, a ja nie mam już 18 lat. Szybko doszliśmy jednak do wniosku, że nie wybaczyłbym sobie rezygnacji z występów w narodowych barwach.

 

Najlepszy czas dla reprezentacji Łotwy to 2004 rok i awans na Euro?

 

Zdecydowanie. Trafiliśmy do grupy z Czechami, Holandią i Niemcami. Co prawda nie awansowaliśmy dalej, ale z tymi ostatnimi bezbramkowo zremisowaliśmy, przez co Niemcy również nie wyszli z grupy. To był mecz, który na Łotwie wciąż się wspomina.

 

A jaka przyszłość przed waszą reprezentacją? Jest jakakolwiek szansa, żeby wkrótce nawiązać do tamtych czasów?

 

Wkracza nowe pokolenie, wyszkolone w akademiach z profesjonalnym zapleczem. Za kilka lat zobaczymy, czy przełoży się to na wyniki. Na ten moment trudno powiedzieć.

 

Wracamy do Zabrza. Jest rok 2013, podpisałeś kontrakt i zaczynasz walkę o miejsce w pierwszej jedenastce. Pamiętasz, kto był wówczas twoim konkurentem?

 

Norbert Witkowski.

 

Były bramkarz Arki.

 

Wiem, wiem. Norbert opowiadał o Gdyni i Arce, ale wówczas nie miałem pojęcia, że za jakiś czas żółto-niebieskie barwy nas połączą.

 

 

 

Z Górnikiem radziłeś sobie nieźle – dwukrotnie kończyliście sezon w górnej ósemce, ale po wygaśnięciu umowy, przeniosłeś się na Cypr. Zatęskniłeś jednak za morzem i słońcem?

 

Bardzo dobrze wspominam czas spędzony w Zabrzu, ale dwa lata w Górniku były optymalne. Później zaproponowano mi gorszą umowę, a oferta z Cypru już czekała.

 

Spodobało ci się na Cyprze?

 

Poziom ligi był całkiem dobry. APOEL i Omonia, które regularnie występują w europejskich pucharach, ciągną resztę zespołów za sobą. Problemem było jednak nie do końca zgodne z moim podejście do pracy.

 

Pod tym względem bliżej było pewnie do RPA niż Łotwy czy Polski?

 

Tam, gdzie jest ciepło, ludzie automatycznie mają luźniejsze podejście do wszystkich aspektów życia. Jeżeli na Cyprze ktoś mówi, że coś zrobi jutro, to możesz być pewny, że jutro na pewno tego nie zrobi. Trzeba się przyzwyczaić, ale nie jest to łatwe.

 

A jak opisałbyś swoje podejście do życia?

 

Staram się szukać złotego środka. Czasami trzeba wyluzować, przecież nie możesz być przez całą dobę na pełnych obrotach. Trzeba znaleźć czas na naładowanie baterii – odpoczynek, spacer, chwile z rodziną – ale kiedy idziesz do pracy, dajesz z siebie sto procent. A pracą dla piłkarza są treningi.

 

Rozumiemy, że na Cyprze nie wszyscy dawali z siebie sto procent?

 

Nie było tam czuć żadnej presji. Ważniejsza była piękna pogoda. A liga? „Jakoś to będzie!”. Jeżeli masz ambicje, nie wytrzymasz. Wiedziałem, że jeśli zostanę tam dłużej niż rok, to będę mógł pożegnać się z poważną piłką. Do tego latem trenowaliśmy o ósmej rano i wieczorem, bo w ciągu dnia było gorąco, jak w piekarniku. Zdecydowałem więc, że nie przedłużę umowy.

 

 

 

I dzięki temu trafiłeś do Gdyni.

 

Polska i Łotwa są krajami zbliżonymi kulturowo, więc czuję się tu zdecydowanie lepiej niż na Cyprze czy w RPA. Dlatego, kiedy pojawiła się propozycja z Arki, ucieszyłem się.

 

To była jedyna oferta?

 

Nie, wybierałem między Gdynią a Białymstokiem.

 

I co zaważyło, że wybrałeś Arkę? W ligowej tabeli to Jagiellonia zajmowała wyższe miejsce.

 

Na początku nie widziałem, co zrobić. Odezwał się pan Edward Klejndinst, miło porozmawialiśmy. Z Jagiellonii podobnego telefonu nie było, tam negocjacje odbywały się na płaszczyźnie menadżerskiej. Zadzwoniłem do trenera Tkocza – z którym do dziś kontaktuję się regularnie – i zapytałem, który klub jego zdaniem powinienem wybrać. Odpowiedział, że to wyłącznie moja decyzja i doradził, żebym posłuchał, co podpowiada serce. A serce podpowiadało: „Arka”. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale tak właśnie było.

 

Chyba nie żałujesz tej decyzji?

 

Uważam, że żadnej decyzji nie można żałować. Nie żałowałem więc nawet wówczas, gdy na początku siedziałem na ławce. Po prostu robiłem wszystko, aby zapracować na miejsce w pierwszym składzie.

 

Przypuszczałeś, że dwa lata później sytuacja będzie wyglądała właśnie tak jak dziś?

 

Miałem sporo szczęścia. Jasne, że chciałem grać od razu, ale Konrad Jałocha był wtedy w znakomitej dyspozycji i zasłużenie wychodził na boisko. Ja dostawałem szanse w meczach Pucharu Polski. Los chciał, że tuż przed pierwszym z finałów, wyszedłem na boisko również w spotkaniu ligowym, bodajże z Piastem Gliwice. I miejsca już nie oddałem.

 

Po zwycięskim finale, którego byłeś jednym z bohaterów, nie było innej opcji. Zanim jednak pokonaliście Lecha, w półfinale mierzyliście się z Wigrami. Wydawało się, że po 3:0 dla Arki w Suwałkach, rewanż będzie formalnością. Tymczasem emocji nie zabrakło… Ten mecz będziesz pamiętał do końca życia?

 

Tak.

 

Po końcowym gwizdku bardziej cieszyłeś się z awansu, czy raczej byłeś zły na siebie za błąd, który popełniłeś?

 

Dominowała radość. Bardziej bolał mnie błąd z wyjazdowego meczu z Wisłą Kraków, który przegraliśmy. Wpadka z Wigrami była spektakularna, ale nie miała wpływu na końcowy rezultat. Mogła mieć, ale nie miała. Dlatego cieszyłem się z całą drużyną. W życiu każdy popełnia błędy, szczególnie bramkarze, więc nie przejąłem się, kiedy ktoś wyśmiewał moje zagranie. Gdybym miał popełnić ten błąd jeszcze raz, albo nawet trzy razy, a potem znowu pojechalibyśmy na Stadion Narodowy, mógłbym to zrobić.

 

Taką postawę musiałeś wypracować z czasem czy wszystko miałeś ułożone w głowie tuż po rewanżu z Wigrami?

 

To nie był mój pierwszy błąd w karierze. Kiedyś pewien trener uświadomił mi, że w futbolu zdarzają się chwile dobre i złe. Generalnie w życiu są dobre i złe chwile. Zarówno na chwile dobre, jak i złe masz 24 godziny. Nie powinieneś ani za długo się cieszyć, ani rozpamiętywać niepowodzeń i płakać. Dlatego nie załamałem się moim „babolem”, ani też nie świętowałem przez tydzień zdobycia Pucharu Polski.

 

 

 

No właśnie, Puchar Polski. Mówisz, że nie świętowałeś przez tydzień, ale tę noc z 2 na 3 maja 2017 roku pewnie pamiętasz?

 

Jasne, że pamiętam. Ale to nie był żaden wielki bal. Ktoś może pomyśleć, że jak osiągasz tak wielki sukces, to hamulce puszczają. Tymczasem wypiłem może jedno piwo. Na więcej nie miałem sił. Przez całą noc schodziły z nas wszystkie emocje i zmęczenie. Poza tym czekały nas mecze decydujące o utrzymaniu.

 

A z samego finału z Lechem, który moment zapadł ci najgłębiej w pamięć?

 

Ten, w którym stanęliśmy w kręgu przed dogrywką. „Sobi” dał wtedy taką przemowę, że wszyscy mieliśmy mokre oczy. Nie zapomnę tych kilkunastu sekund do końca życia.

 

Z tą przemową jest jeden problem: nikt, łącznie z Krzysztofem, nie pamięta dokładnie, jakie wówczas padły słowa. Może ty pamiętasz?

 

Konkretnych słów nie pamiętam, ale one były drugorzędne. „Sobi” mówił sercem. Nie trzeba było słuchać – wystarczyło na niego popatrzeć, żeby zrozumieć. Brakowało nam już sił, a wtedy, w jednej magicznej chwili, stanęliśmy jak zahipnotyzowani. Wyszliśmy na dogrywkę jak na wojnę. To moje najlepsze wspomnienie z dotychczasowej kariery.

 

A jakie było twoje podejście przed finałem? Przeważał stres czy duma, że zaszliście tak daleko?

 

Między stresem a koncentracją jest cienka granica. Niezwykle ważne jest, aby osiągnąć odpowiedni stan. Myślę, że wówczas sztuka ta udała się całej drużynie. Byliśmy niezwykle skoncentrowani i zdeterminowani. Pamiętacie tę sytuację z około 90 minuty, kiedy Majewski dostał piłkę w polu karnym od Makuszewskiego?

 

Pamiętamy. Praktycznie wszyscy widzieli już piłkę w siatce. Ty również?

 

Właśnie nie! Byłem przekonany, że nie stracimy gola. Czasami tak jest, że czujesz coś w środku. Wiesz, że będzie tak i tak, choć nie masz pojęcia dlaczego. Po prostu czujesz.

 

W takim razie co czułeś rok później, przed finałem z Legią?

 

Zawsze staram się myśleć pozytywnie, ale wtedy nie miałem przeczuć ani w jedną ani w drugą stronę. Czegoś nam zabrakło. Nie jestem w stanie powiedzieć czego.

 

Za to niczego nie zabrakło w obu meczach z Legią o Superpuchar. W pierwszym z nich świetnie spisałeś się podczas serii rzutów karnych.

 

Czasami bramkarz musi coś obronić…

 

A co robisz w Gdyni, kiedy nie bronisz?

 

Jeśli akurat nie mamy porannych zajęć, lubię dłużej pospać. Kiedy natężenie treningów jest duże, to sił na coś innego pozostaje niewiele. Ostatnio w dniu, gdy mieliśmy dwa treningi, to wróciłem do domu, zjadłem coś, a potem chciałem obejrzeć mecz Ligi Mistrzów, ale już w pierwszych minutach zasnąłem na kanapie. A tak to standardowo: lubię posłuchać muzyki, obejrzeć dobry film albo pograć w FIFĘ z kolegami. Jestem typem domatora, więc latanie po sklepach czy innych miejscach nie jest dla mnie. Wolę spacer z przyjaciółmi lub rodziną do lasu albo nad morze.

 

Jaką muzykę lubisz?

 

Zależy od nastawienia. Mogę słuchać wszystkiego. No może poza kawałkami, które puszcza Chris Maghoma – wiecie, taki bardzo specyficzny hip-hop. Ja lubię muzykę, do której można potańczyć. Nawet disco polo!

 

A jeśli tańczyć lub spacerować, to z kim najlepiej, skoro rodzina na Łotwie?

 

Poznałem tu dużo dobrych ludzi. Mogę bez zawahania stwierdzić, że w Gdyni zyskałem wielu fantastycznych znajomych oraz przyjaciela do końca życia.

 

Kogo masz na myśli?

 

Dawida Sołdeckiego. To niesamowite, że lądujesz w innym kraju i trafiasz na tak dobrego człowieka, z którym nadajesz na tych samych falach. Spędzamy razem dużo czasu, również z rodzinami. A gdy moja rodzina jest na Łotwie, „Sołdek” trochę adoptuje mnie u siebie.

 

A kiedy ostatnio widziałeś się z żoną i synami?

 

Na Łotwie byłem po raz ostatni w styczniu, ale później rodzina przyjeżdżała do Gdyni – głównie żona, w weekendy. Więcej czasu będziemy mogli spędzić razem po sezonie.

 

Macie swoje ulubione wakacyjne miejsca?

 

Ostatnio byliśmy w Egipcie i Turcji, ale ulubionych miejsc nie mamy. Kiedyś więcej podróżowaliśmy z żoną, często spontanicznie. Teraz, z dziećmi, wolimy wyjazdy zorganizowane. Ale w tym roku spędzimy czas na spokojnie w domu. Jak powtarza moja żona: „Nieważne gdzie – ważne, że razem”. Kiedy rodzina jest przy tobie, masz więcej energii – czerpiesz ją od nich.

 

Synowie interesują się piłką nożną?

 

Starszy chodzi na zapasy, a młodszy próbuje kopać, ale do niczego ich nie zmuszam. Jedynie cieszę się, że trenują, bo uważam, że dzieciaki powinny się ruszać.

 

Dawid stoi na bramce, jak tata, czy woli grać w polu?


Moja żona robi wszystko, aby trzymać dzieci z dala od bramki. To dla niej zbyt duży stres. Wystarczy, że denerwuje się moimi występami.

 

Końcówka sezonu jest szczególnie stresująca. Pavels, dopuszczasz myśl, że Arka spadnie z ekstraklasy?

 

Nie. Nigdy bym sobie tego nie wybaczył.

 

Opowiadałeś o pierwszym wrażeniu, jakie zrobił na tobie trener Nawałka. Jakie wrażenie zrobił trener Zieliński?

 

To bardzo pozytywny człowiek i przy tym doświadczony trener. Uważam, że trener Zieliński wie, jak utrzymać nas ekstraklasie i wspólnie tego dokonamy.

 

W takim razie załóżmy, że jest lipiec i Arka rozpoczyna kolejny sezon w ekstraklasie. Z żółto-niebieskimi wywalczyłeś już Puchar Polski i dwa Superpuchary. Co jeszcze chciałbyś osiągnąć w Gdyni?

 

Nie będę ukrywał, że jednym z głównych celów jest wygranie derbów z Lechią. Kolejną sprawą, na którą również nas stać, jest awans do górnej ósemki. Te dwa cele chcę osiągnąć z Arką jak najszybciej.

 

Ogłoszono oficjalne nominacje do tytułu najlepszego bramkarza Lotto Ekstraklasie w sezonie 2018/19. Znalazłeś się w TOP3, co samo za siebie mówi o twojej formie.

 

To bardzo miłe, podobnie jak pochwały ze strony kibiców. Wiem jednak, że mimo 33 lat na karku, wciąż mogę poprawić wiele elementów bramkarskiego rzemiosła. Każdego dnia pracuję nad moimi słabymi stronami i mam nadzieję, że będę mógł jeszcze wiele razy pomóc Arce.

 

Pierwszą część rozmowy z Pavelsem Steinborsem przeczytacie TUTAJ.  

 

Rozmawiali: Paweł Marszałkowski i Andrzej Rukść.

Współpraca: Jakub Nalepa.








Poprzedni Następny

Mapa Strony