TA STRONA UŻYWA COOKIE.
Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na korzystanie z cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Arka-Facebook Arka-Instagram Arka-Twitter Arka-YouTube Arka-TV Bilety Liga typera Stowarzyszenie Inicjatywa Arka
LV Bet
Gdynia Sport
grandprixgdyni

Wirtualna wycieczka

Aktualności

img

13.08.2018

LOTTO Ekstraklasa: historia życia Michała Globisza

Moje życie było cudowne. Mam 72 lata i wiem, że jestem na ostatniej prostej.Zapłaciłem za swoją pasję olbrzymią cenę - mówi w bardzo szczerym wywiadzie trener Michał Globisz, w przeszłości wieloletni selekcjoner młodzieżowych reprezentacji Polski, obecnie doradca zarządu Arki Gdynia ds. szkoleniowych w wywiadzie dla Onet.pl

Minęły cztery lata, odkąd zachorował pan na neuropatię i pojechał na operację do Chin. Na lewe oko w ogóle pan nie widzi, prawe jest sprawne w 15 procentach. Często myśli pan o chorobie?

 

Tak, nie ma dnia, bym nie myślał o tym, że prawie straciłem wzrok. Codziennie kilka razy przekonuję się podczas wykonywania zwykłych czynności, że coś się skończyło. Czasem się potknę, czasem wejdę w jakąś dziurę. Nieraz znajomi mówią: "Michał, spójrz tam!", a ja wiem, że jeśli ich posłucham, i tak niewiele zobaczę. Nawet spotkanie z panem przypomina mi o moich ograniczeniach. Dostrzegam pana sylwetkę, ale nie widzę twarzy. Przywykłem do tego. Stało się, muszę żyć dalej.

 

Żyje pan na piętnaście procent?

Nie wiem, czy tylko na piętnaście, ale odkąd zachorowałem, na pewno nie żyję na sto procent. Choć kocham filmy, nie chodzę już do kina. Raz się wybrałem i było to bolesne przeżycie. Widziałem tylko kontury postaci, bardziej słuchałem filmu, aniżeli go oglądałem, więc odpuściłem. Skończyły się mecze na żywo z trybun, wycieczki krajoznawcze... Świat nie jest już taki kolorowy. Siedzę na stadionie i na dziesięć tysięcy jestem jedyną osobą, która nie widzi, co dzieje się na boisku.

 

Opowiadał pan, że w 2014 roku przestał pan widzieć na prawe oko zupełnie niespodziewanie. Położył się pan do łóżka, a gdy się pan obudził, zapanowała całkowita ciemność.

Przeżyłem szok. Ponad dwadzieścia lat temu straciłem lewe oko, a gdy uświadomiłem sobie, że mogę całkowicie przestać widzieć, wpadłem w panikę. Lekarz mnie obejrzał i powiedział: "proszę się nie przejmować, dostanie pan leki i przejdzie". Nie przeszło, każdego dnia było coraz gorzej. Zbadano mnie od stóp do głów i stwierdzono, że... nie wiadomo, jaka jest przyczyna. Dopiero ostatniego dnia mojego pobytu w szpitalu lekarka poleciła jeszcze jedno badanie krwi. "Panie Michale, wynik jest fatalny, musiało dojść do jakiejś pomyłki". Mam bardzo dużą gęstość krwi. Norma wynosi do 500 D-dimerów, ja miałem 5000. Wtedy lekarze doszli do tego, że w nocy doszło do zakrzepu i dlatego przestałem widzieć. Później poleciałem na wspomnianą operację do Chin. Tamtejsi specjaliści nie obiecywali cudu, ale powiedzieli, że wzrok poprawi się o 15 procent. Dotrzymali słowa.

 

Chwile po utracie wzroku w prawym oku to najgorszy okres w pana życiu?

Zdecydowanie. Pierwsze dni były straszne. Wpadłem w depresję, nie chciałem żyć. Chodziłem po domu i myślałem, czy nie popełnić samobójstwa. Cały czas byłem w ruchu i nagle wszystko miało zgasnąć. Całkowicie odciąłem się od świata zewnętrznego. Przestałem odbierać telefon, bliskim powiedziałem wprost, że nie mam ochoty na rozmowę. Wyobrażałem sobie siebie jako niewidomego człowieka. Gdy się budziłem, towarzyszył mi strach. Pytałem się siebie: czy to już ten dzień, w którym wszystko się skończy? Nadzieja przyszła dopiero później.

 

Gdyby mógł pan cofnąć czas, to…

...wcześniej zbadałbym sobie krew. Do końca życia muszę brać tabletki, które ją rozrzedzają. Długo nie mogłem się pogodzić z tym, że wystarczyło jedno badanie, by nie doszło do tragedii.

 

Ma pan żal do lekarzy?

Tak, ale jeszcze większy żal miałem do nich po utracie pierwszego oka. Piłka uderzyła mnie w głowę. Miesiącami trzymano mnie w gdyńskim szpitalu i przestałem widzieć. Wyrywali mi nawet zęby, przypuszczając, że może to jest problemem. W końcu stwierdzono stwardnienie rozsiane. Dopiero później inny lekarz doszedł do tego, że pękło mikronaczynie. Powiedział: "gdyby zaraz po wypadku zrobiono panu panoramiczne zdjęcie oka, widziałby pan". Cóż, dziś zostały tylko wspomnienia i obrazy, które przechowuję w pamięci.

 

Jakie obrazy zachowały się z czasów pana młodości?

Miałem fajne dzieciństwo. Ojciec był dyrektorem oper, więc często zmienialiśmy miejsce zamieszkania. Poznań, Wrocław, Gdynia... W 1956 roku, jako dziesięciolatek, byłem naocznym świadkiem strajku w Poznaniu. Nasza kamienica była usytuowana vis-a-vis Urzędu Bezpieczeństwa, gdzie doszło do dantejskich scen. Strajkujący wchodzili piętro po piętrze i wyrzucali przez okna sprzęty. Na samym szczycie stał robotnik. Na oczach wszystkich złamał czerwoną flagę na dwie części i rzucił na dół. Widziałem też lincz na milicjancie, który chwilę wcześniej strzelał do jakiejś kobiety. Grupa ludzi zaczęła go kopać i deptać, a on bezradnie leżał na ziemi. Przez ogródek babci przechodzili ludzie z karabinami. Jako młody chłopak utożsamiałem wszystkie te wydarzenia z wojną. Rozumiałem, co się dzieje. Rodzice byli wychowani w duchu antykomunistycznym. W domu słuchało się Radia Wolna Europa, dużo się rozmawiało o polityce. Wiedziałem, czemu ludzie wyszli na ulice.

 

Wojna nie zabrała panu nikogo bliskiego?

Nie. Ojciec walczył jako podoficer w bitwie pod Bzurą. Opowiadał, jak szedł rzeką, a jego kompani co chwilę padali od kul. Wróg nieustannie wysyłał grad pocisków, więc w pewnym momencie tata schował się za martwego konia i dzięki temu się uratował. Przeżył kampanię wrześniową, a później dostał się do niewoli, z której uciekł. Przedostał się w góry. Przeprowadzał tych, którzy uciekali na Zachód. W końcu poznał mamę, która miała wtedy dwadzieścia parę lat.

 

Pan jako młody chłopak nie widział w Poznaniu śladów niedawno zakończonej wojny?

Mieszkałem w centrum, gdzie jej skutki nie były aż tak widoczne i odczuwalne. Nieco inaczej wyglądało to we Wrocławiu. Zajmowaliśmy mieszkanie w kamienicy, której druga połowa była całkowicie zburzona. Po budynku latały szczury. Mieliśmy nawet taką zabawę: ktoś kijem odsuwał wieko kosza, a kiedy "wysypywały się" z niego gryzonie, rzucaliśmy w nie kamieniami. Całe miasto było pełne szczurów. A później przyjechałem do przepięknej Gdyni.

 

Nie protestował pan, gdy ojciec co jakiś czas mówił, że trzeba pakować dotychczasowe życie do torby i przenieść je gdzie indziej?

Żal mi było tylko tego, że kiedy tata dostawał posadę w innym mieście, siłą rzeczy urywały się wszelkie znajomości. Nie było mowy o proszeniu ojca byśmy zostali. Był bardzo surowy.

 

Rodzice zabierali pana na spektakle i w efekcie zarazili pana miłością do opery...

Tak, pokochałem ją bardzo szybko. Słuchałem na okrągło, więc po jakimś czasie znałem już na pamięć wszystkie arie. Z operą jest jak z meczem - żadne nagranie czy transmisja nie oddadzą emocji, jakie się przeżywa, oglądając spektakl na żywo. Prowadziliśmy otwarty dom, mama jako żona dyrektora opery często organizowała przyjęcia dla artystów. Byłem zachwycony - oglądałem kogoś na scenie, a później ten ktoś odwiedzał mój dom.

 

A jak ten dom funkcjonował na co dzień?

Ojciec bardzo ciężko pracował. Był pedantem, zwracał uwagę np. na to, by buty były dokładnie wyczyszczone. Przychodził do domu, jadł obiad, czytał gazetę i wracał do opery na przedstawienie. Mało się widywaliśmy, był pracoholikiem, opera stanowiła dla niego całe życie. Domem zajmowała się mama. Czuła, wrażliwa, okazywała mi miłość. W przeciwieństwie do taty.

 

Ojciec nie kształcił pana muzycznie?

Nie i mam o to mały żal. Jako dyrektor mógł mnie "popchnąć" w kierunku sztuki, ale uznał, że lepiej będzie, jeśli zacznę studiować ekonomię. Odebrałem twarde wychowanie. Nie mogłem odezwać się przy dorosłych, bo ojciec piorunował mnie wzrokiem i wyprowadzał z pokoju. Tata mnie kochał, ale zupełnie tego nie okazywał. Brakowało mi z jego strony czułości. Pielęgniarki opowiadały mi, że gdy umierał, wykrzykiwał moje imię, tak jakby chciał ze mną porozmawiać. Żałuję, że nie doszło do tej rozmowy. Czasem myślę, że też mogłem zrobić więcej, by do niej doprowadzić. Powiedziałbym mu wiele rzeczy.

 

Co konkretnie?

Powiedziałbym, że go kocham i oczekiwałbym takich samych słów z jego ust. Jak już wspomniałem, nigdy mi tego nie mówił. Kiedy człowiek cierpi, przeżywa jakąś tragedię, często otwierają się oczy. Wcześniej cały czas pędzi, zwracając uwagę na mniej ważne sprawy i zapominając o tych najważniejszych.

 

Nie ma pan wyrzutów sumienia, że nie zrobił pan więcej, żeby rozmówić się z tatą przed jego śmiercią?

Mam, ale nie popadam w skrajność, większa wina leży po stronie ojca. To on jako tata powinien czasem wziąć mnie na kolana, przytulić, zabrać do kina. Nigdy tego nie miałem. Prawie do samego końca był zimny i nieugięty. Jak wspomniałem, dopiero na łożu śmierci chciał szczerze porozmawiać. Nie zdążyliśmy.

 

Był taki zimny tylko dla pana?

Wobec mamy i siostry tata też był ostry. Mama się mu poddała, nigdy nie było u nas żadnych konfliktów. Taka była struktura rodziny - ojciec pracował i był głową rodziny, mama zajmowała się domem i dziećmi.

 

A jak pan spisał się jako głowa rodziny? Legendarny Arsene Wenger powiedział ostatnio w szczerym wywiadzie: "Żałuję poświęcenia wszystkiego dla futbolu. Wiem, że skrzywdziłem w ten sposób wiele osób wokół mnie".

Podpisałbym się pod tymi słowami. Problem dotyczy zresztą wszystkich ludzi, którzy mają jakąś wielką pasję. Coś za coś, zawsze z czegoś trzeba zrezygnować. Po karierze trenerskiej zdałem sobie sprawę, że przez lata zaniedbywałem rodzinę. Wpadałem między jednym treningiem a drugim i pytałem: "Co słychać? Jak w szkole?". Po czym uważałem temat za zamknięty. Nie miałem czasu, żeby zainteresować się własnymi dziećmi, bardziej interesowałem się tymi, których trenowałem. Mam do siebie o to pretensje. Poświęcałem córce i synowi więcej czasu niż ojciec mnie, ale to było ciągle za mało. Treningi, mecze, rozjazdy, zgrupowania... Brakowało mnie w domu. Kocham swoje dzieci i oddałbym za nie życie, ale nie byłem idealnym ojcem. Myślałem, że wystarczy, jeśli żona poświęci im swój czas. Teraz wiem, że nie wystarczało, że to był błąd.

 

Podobno jest pan wielkim fanem Dostojewskiego?

Uwielbiam, obecnie odsłuchuję na audiobooku powieści "Skrzywdzeni i upokorzeni". Ostatnio spojrzałem na spis wszystkich dzieł pisarza. Nie czytałem tylko jednej jego powieści. Uwielbiam klimat, jaki tworzy Dostojewski. A "Zbrodnia i kara" to według mnie najlepsza powieść wszech czasów. Dlaczego pan pyta o literaturę?

 

Kiedy opowiadał pan, jak przez piłkę zaniedbał pan rodzinę, pomyślałem, że zachowując wszelkie proporcje, człowiek z wielką pasją jest trochę jak bohater powieści Dostojewskiego - tylko pozornie ma wybór i zawsze "przegrywa", bo traci coś ważnego.

Rzeczywiście, tak jak postaciom Dostojewskiego zawsze nam coś ucieka, jesteśmy skazani na swego rodzaju porażkę. Rodzina jest najważniejsza, ale przecież nie sposób żyć bez pasji. Jedynym rozwiązaniem jest poszukiwanie złotego środka, zachowanie odpowiednich proporcji.

 

To wykonalne?

Dziś uważam, że tak. Ale człowiek jest mądry dopiero po fakcie.

 

Jak wyglądają dziś pana relacje z dziećmi?

Córka, Karina, pracuje w handlu. Ma wspaniałego męża Krzysztofa i syna Grześka, który jest już magistrem inżynierem. Wybudowali dom. Mój syn jest natomiast kawalerem, też pracuje, wszystko układa się po jego myśli. Jestem dumny ze swoich dzieci. Regularnie spotykamy się przy rodzinnym stole.


Kiedy zdał pan sobie sprawę, że zaniedbał pan najbliższych?

Gdy zacząłem mieć problemy z drugim okiem. Siedziałem w ciemności i samotności i analizowałem swoje życie. Wtedy oddałem się refleksji, dostrzegłem popełnione błędy. Podsumowałem swoje życie, momentami było to brutalne rozliczenie z własną przeszłością. Straciłem wzrok i... zobaczyłem, co jest w życiu ważne. Wcześniej myślałem głównie o tym, kto ma zagrać na prawym skrzydle i gdzie pojechać na zgrupowanie.

 

Żona nie miała dość męża, który w kółko mówi o piłce nożnej?

A skąd! Nie licząc ludzi pracujących w branży, nie znam kobiety, która wie o futbolu więcej niż moja żona. Na mistrzostwach świata opuściła tylko jeden mecz. Żona doskonale się orientuje, zna przepisy, nazwiska zawodników, czyta sportową prasę. Ogląda wszystkie mecze Arki i Lechii, ostatnio śledziła też Lecha Poznań w Lidze Europy. Zaraziłem ją miłością do piłki nożnej. Gorzej z operą.

 

Jak się poznaliście?

Mieszkałem na ulicy Górnej, niedaleko morza. Piętro wyżej lokal miała piękna, młoda dziewczyna. W przyszłym roku będziemy obchodzić złote gody, 50 lat wspólnego życia. Znamy się od 54 lat. Byłem o nią bardzo zazdrosny, kiedy szliśmy ulicą i mężczyźni się oglądali. Gdy rodzice wychodzili do teatru, pukałem miotłą w sufit, że jest wolna chata. Ona schodziła, przychodził do mnie też najbliższy przyjaciel. Puszczaliśmy płytę Elvisa i tańczyliśmy. Takie małe domówki. Regularnie chodziliśmy do Non Stop. To przecież w Gdyni rodziła się polska muzyka rozrywkowa. Czerwone Gitary i tak dalej... Dziś żona to ukochana kobieta, ale też najlepszy przyjaciel.

 

Jednak jako trener często był pan w domu nieobecny…

Żona nie może mieć pretensji, bo to przez nią stałem się trenerem. Kiedyś Maryla powiedziała koleżance:

- Mój mąż to w kółko o piłce gada...

- Tak? To skontaktuje go z moim kumplem, Wojtek Łazarek się nazywa, jest trenerem...

Faktycznie się spotkaliśmy, Łazarek dostrzegł we mnie "to coś" i gdy dostał propozycję z Lechii, zabrał mnie ze sobą. Więc gdyby żona zaczęła mi robić wyrzuty, że za dużo czasu poświęcam piłce, odpowiedziałbym: "przecież sama chciałaś" (śmiech).

 

Jako trener polskich reprezentacji młodzieżowych zwiedził pan niemal cały świat. Któreś miejsce zrobiło na panu szczególne wrażenie?

Nowa Zelandia. To najpiękniejszy kraj na świecie. Pamiętam ośnieżone góry, ocean, gejzery, wielkie paprocie... Poza tym było tak niesamowicie czysto... Jak przylecieliśmy, to sprawdzali, czy im żadnych zarazków nie przemycamy. Nie widziałem tam ani jednej muchy. Żadne inne państwo nie zrobiło na mnie tak wielkiego wrażenia. U nas się mówi, że Nowa Zelandia jest na końcu świata, tam słyszeliśmy w odpowiedzi: "to nie koniec, tylko początek”.

 

Podobno podczas zagranicznych podróży bardzo dbał pan o poszerzanie horyzontów piłkarzy, co nie podobało się samym zainteresowanym...

Tak, mocno klęli, jak słyszeli, że idziemy zwiedzać. Przed wyjazdem na zagraniczne zgrupowanie przygotowywałem im krótkie informacje na temat danego kraju, żeby wiedzieli, gdzie się udają. Podstawowe rzeczy. W tamtych czasach młodzi chłopcy myśleli głównie o tym, żeby lecieć do sklepu i kupić sobie szalik jakiegoś klubu. A ja chciałem im pokazać trochę świata. Nie cieszyło ich to, ale wiem, że po latach doceniają. Robiłem im też małe testy wiedzy o operze. Kiedy pytałem, kto to jest Verdi, odpowiadali, że włoski prawoskrzydłowy... (śmiech). Starałem się być dla nich jak ojciec.

 

Z kim zbudował pan najbliższą relację?

Z Sebastianem Milą. Miałem też bliski kontakt z Michałem Janotą i Grześkiem Krychowiakiem. Grzesiek dzwonił do mnie przed transferem do Sevilli, bym poradził mu, co ma zrobić. Powiem szczerze, zaskoczyło mnie, że tak świetnie sobie poradził. Nie był najlepszy pod względem wyszkolenia technicznego, a tymczasem szybko stał się kluczowym piłkarzem Sevilli. Niestety później okazało się, że PSG to trochę za wysoka półka.

 

Poza boiskiem wyróżniał się tak jak dziś?

Futer jeszcze nie ubierał, ale rzeczywiście lubił się wyróżniać. A to jakimiś okularkami, a to uczesaniem... Razem z Michałem Janotą i Wojciechem Szczęsnym tworzyli trójkę "śmieszków" w mojej drużynie. Mieli fajną paczkę.

 

Skoro tak bardzo przywiązywał się pan do swoich zawodników, ich zwycięstwa w seniorskiej karierze musiały bardzo pana cieszyć, a porażki mocno boleć…

Oczywiście. Uważam jednak, że zwycięstw mam na koncie dużo więcej niż porażek.

 

Trudno było czytać, jak Dawid Janczyk, mówiąc wprost, przepija swoją karierę?

Oczywiście. Niedawno Dawid zadzwonił i poprosił, bym pomógł mu wrócić do piłki. Zapewnił, że ma już problemy za sobą. Wykonałem kilka telefonów i z przykrością muszę stwierdzić, że żaden klub nie był zainteresowany. Nikt nie chciał mu zaufać, zrobiło mi się bardzo przykro, bo ujął mnie swoimi słowami. "Trenerze, jeśli ktoś poda mi rękę, odwdzięczę się!". Niestety tak się nie stało.

 

Dziwi się pan, że nikt nie chce mu pomóc? W każdym klubie obiecywał poprawę i zawsze kończyło się tak samo…

Nie, rozumiem to, ale wychodzę z założenia, że jeśli ktoś prosi o szansę, trzeba mu ją dać. Nie można stwierdzić: jemu nie będę pomagał, bo nic z tego nie wyjdzie.

 

Nie żałuje pan, że nie osiągnął większych sukcesów w "dorosłej" piłce?

Nie, od razu spostrzegłem, że najwięcej satysfakcji daje mi praca z młodzieżą. Przywiązuję się do miejsc. Nie wyobrażałem sobie sytuacji, że dzwoni do mnie prezes klubu, a ja się pakuję i przeprowadzam się do innego miasta. Inna sprawa, że nigdy nie dostałem oferty prowadzenia seniorów topowego polskiego klubu. Gdyby pytała np. taka Legia, pewnie inaczej podchodziłbym do tematu.

 

Łącznie przez 16 lat pracował pan w PZPN jako selekcjoner reprezentacji młodzieżowych, aż w końcu w 2010 roku Grzegorz Lato wyrzucił pana z pracy. Dlaczego?

Zwolnił mnie, bo szykował miejsce dla innego trenera i uznał, że ktoś musi odejść. Padło na mnie. Zostałem zaproszony na zebranie, na którym obecni byli m.in. trenerzy Engel i Piechniczek. Zrobiło mi się bardzo przykro. Zadałem pytanie: dlaczego mnie zwalniacie? Engel i Piechniczek spuścili głowy, nikt nie potrafił odpowiedzieć. Wcześniej trener Piechniczek tyle razy powtarzał, że trzeba szanować trenerów. Cóż, mnie tego szacunku nie okazano i nie ukrywam, że mam żal. Nikt ze związku nie podał mi wtedy ręki. Oczywiście później zrobiono mi piękne pożegnanie, żeby wszystko pięknie wyglądało w mediach. Wyrządzono mi jednak krzywdę. Bolał,o tym bardziej że powoli myślałem o odejściu na emeryturę. Cóż, uprzedzono mój ruch. Poczułem się wyrzucony na śmietnik.

 

Po zwolnieniu z PZPN nie wszystko potoczyło się po pana myśli…

Zwróciłem się do Lechii, ale stwierdzono, że nie ma dla mnie miejsca. Pewien człowiek powiedział mojemu przyjacielowi: "Globisz będzie tu pracował? Po moim trupie!". Poczuł się mocno zagrożony, może pomyślał, że zajmę jego miejsce, ale popełnił błąd. Na pewno znaleźlibyśmy wspólny język. Dostałem mocny cios od klubu, w którym spędziłem tyle lat. Na szczęście wtedy zgłosiła się Arka. Jestem bardzo wdzięczny działaczom klubu, prezydentowi miasta i kibicom. Wspaniale mnie potraktowali. Mam kontrakt do czerwca 2019 roku i nie będę podpisywał nowej umowy. Pora zejść ze sceny.

 

Czuje się pan emocjonalnie związany z Arką?

Zdecydowanie. Jej kibice od razu potraktowali mnie jak swojego. Na jednym z meczów, gdy wszyscy wiedzieli już o moich problemach zdrowotnych, Janusz Kupcewicz trącił mnie i powiedział: "Michał, fani wywiesili wielki transparent, życzą ci zdrowia". Nie potrafiłem powstrzymać łez. Pamiętam też inną niesamowicie wzruszającą sytuację - telefon od Sebastiana Mili. W drużynie młodzieżowej mieliśmy przed meczem okrzyk: "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego". Gdy zachorowałem, Sebastian mi go przypomniał i powiedział: "trenerze, zbierzemy na operację tyle pieniędzy, ile będzie trzeba". Łez było tyle, że wycierałem je z twarzy ręcznikiem. Nie ma dla wychowawcy większej nagrody niż sytuacja, w której po latach podopieczni oferują swoją pomoc w trudnym momencie. To cenniejsze niż jakiekolwiek medale. Wiem już, że gdy odejdę, moi chłopcy będą wspominać mnie z sympatią.

 

Czuje pan, że pana czas dobiega końca?

Mam 72 lata i wiem, że jestem na ostatniej prostej. Nie boję się fizycznego wymiaru śmierci. Boję się końca. Tego, że gdy odejdę, nigdy nie zobaczę już żony i dzieci. Jestem człowiekiem wierzącym, ale nachodzą mnie myśli, że może po drugiej stronie jednak nic nie ma? Taka możliwość mnie przeraża. Chciałbym odejść we śnie. Proszę Boga o to, by nie odebrał mi całkowicie sprawności fizycznej. Bym nie leżał sparaliżowany i nie stał się dla swojej rodziny ciężarem.

 

Jest pan zadowolony z tego, jaką drogę pan obrał?

Zdecydowanie. Miałem cudowne życie. Nie ma lepszej rzeczy od pracy, która sprawia przyjemność, a ja spełniłem się jako trener. Osiągnąłem sukcesy, zwiedziłem świat, poznałem wielu ciekawych ludzi. To wszystko było piękne.

 

Powiedział pan, że jako trener nigdy nie dorobił się pan jednej rzeczy: pieniędzy

Żyłem chwilą. Nigdy nie myślałem o tym, by odłożyć, by zabezpieczyć swoją przyszłość. Zawsze wystarczało od pierwszego do pierwszego. Dziś też nie narzekam. Emerytura i pensja wypłacana przez klub zapewniają mi spokojne życie.

 

Jak będzie wyglądało życie trenera Michała Globisza po zakończeniu kariery szkoleniowej?

Kupię sobie psa. Owczarka niemieckiego. Będzie mnie wyciągał z domu na spacery po plaży. Mam przyjaciół, dam sobie radę. Wie pan, jak się jest na takim etapie życia, człowiek docenia codzienność: wspólny posiłek z żoną, każdą "zwykłą" chwilę w towarzystwie bliskich... Raz w tygodniu wpadnę na kawkę do klubu. Przeprowadzam w domu remanent, chcę przekazać dzieciom pewne rzeczy i dokumenty rodzinne.

 

Jest coś jeszcze do zrobienia?

Tak. Przeczytam powieść Dostojewskiego. Tę ostatnią, która pozostała na liście.

 

Rozmawiał: Dariusz Faron Redaktor Sport.Onet.pl

 

 

http://arka.gdynia.pl/images/galeria_zdjecie/big/25188369_10208657552031180_1447256902_n_9ddd81a352143e45f9b8c261b10a0183.jpg

 








Poprzedni Następny

Mapa Strony