TA STRONA UŻYWA COOKIE.
Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na korzystanie z cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Arka-Facebook Arka-Instagram Arka-Twitter Arka-YouTube Arka-TV Bilety Liga typera Stowarzyszenie Inicjatywa Arka
LV Bet
Gdynia Sport Wirtualna wycieczka

Aktualności

img

04.05.2017

Sensacja na własne życzenie, piłkarze Ojrzyńskiego przeszli do historii!

Do trzech razy sztuka. W myśl tej zasady piłkarze Lecha Poznań udali się w podróż do Warszawy, gdzie ich rywalem w finale Pucharu Polski była Arka Gdynia. Beniaminek Ekstraklasy zajął miejsce Legii, która dwa razy z rzędu stawała na drodze „Kolejorza”, ale podopieczni Leszka Ojrzyńskiego również przyjechali do stolicy w konkretnym celu: powtórzenia wspaniałej historii z 1979 roku.

 

Po zajęciu większości miejsc na PGE Narodowym, odśpiewaniu narodowego hymnu i obejrzeniu pirotechnicznego popisu kibiców z Gdyni w końcu Tomasz Musiał mógł rozpocząć finał Pucharu Polski. Finał, trzeba to przyznać, rozegrany w tonie wielkiej przyjaźni, jaka łączy fanów obydwu drużyn.

 

Chemię między Lechem a Arką widać było nie tylko na trybunach, gdzie kibice ochoczo współpracowali „pozdrawiając” m.in. Legię Warszawę i Lechię Gdańsk, ale również na murawie stadionu. Obie ekipy szybko stworzyły sobie pierwsze sytuacje, Lech wykreował sobie później kolejne trzy przed przerwą, ale zawsze w decydującym momencie brakowało spokoju. Prym w pudłowaniu wiedli poznaniacy, którzy niemrawo rozpoczęli to spotkanie i dopiero po upływie 20 minut weszli na swój wysoki poziom. Ich przewaga widoczna była głównie w bocznych sektorach boiska, ale i tak nie potrafili oni pokonać Pavelsa Steinborsa, który niczym Sławomir Szmal bronił wszystko, co leciało w kierunku własnej bramki.

 

Dlatego to piłkarzy Leszka Ojrzyńskiego można uznać za wygranych tej części spotkania. Gdynianie przez większą cześć spotkania bronili dostępu do własnej bramki, ale robili to na tyle umiejętnie, że Lech momentami nie potrafił wykorzystać zdecydowanej przewagi w posiadaniu piłki. Na wyróżnienie zasługuje początek pojedynku, kiedy żółto-niebiescy krótko kryli ofensywnych graczy „Kolejorza” przez co zamknęli boczne strefy boiska i poznaniacy zmuszeni zostali do rozgrywania piłki wszerz boiska.

 

Osobna sprawa wtorkowego finału Pucharu Polski to poziom czysto sportowy, o którym mogliśmy przekonać się już w pierwszej części spotkania, ale to drugą połowę możemy nazwać antyreklamą polskiej piłki. Obie drużyny solidarnie zdecydowały się pójść na rękę ligowym przeciwnikom i nie dość, że zaprezentowały formę wprost z majówkowego grilla, to dodatkowo nie wykazały zainteresowania rozstrzygnięciem rywalizacji w podstawowym czasie gry. Świadczą o tym chociażby nieliczne okazje piłkarzy Lecha (słupek po strzale Marcina Robaka, fatalne pudła Kownackiego i Majewskiego), które i tak nie znalazły swojego finału w bramce Steinborsa.

 

Skoro piłkarze nie potrafili rozstrzygnąć tego spotkania w podstawowym czasie gry, na PGE Narodowym obejrzeliśmy dogrywkę, w której swoje prawdziwe oblicze pokazali piłkarze Arki Gdynia. W drugim jej kwadransie żółto-niebiescy zamiast murować dostęp do własnej bramki, rzucili się do ataku i szybko uciszyli wszystkich kibiców Lecha zgromadzonych na PGE Narodowym. „Kolejorz” w 240 sekund dał się zaskoczyć niczym beniaminek, który gra mecz finałowy z bardziej utytułowanym i doświadczonym przeciwnikiem. Nenad Bjelica największe pretensje będzie miał do bloku defensywy i Łukasza Trałki, który zbyt pasywnie krył przeciwnika. Przy tej drugiej akcji zawodnicy w niebieskich koszulkach – mimo kontrowersji przy faulu na Majewskim – wcześniej powinni zatrzymać Lukę Zarandię. W tej sytuacji gol Trałki ze 120. minuty jedynie otarł łzy ze smutnych twarzy poznańskich fanów. Kibiców, którzy przyjechali do Warszawy obejrzeć zwycięstwo swoich pupili, a otrzymali pokaz bezradności.

 

Stan emocjonalny całej rodziny „Kolejorza” w ogóle nie interesuje fanów Arki. Żółto-niebiescy dokonali niemożliwego: na oczach całej Polski pokazali, że można pokonać faworyta i zapisać się złotymi zgłoskami w historii klubu. Teraz pozostaje im tylko utrzymać się w Ekstraklasie i w znakomitych nastrojach oczekiwać występów w europejskich pucharach.

 

Lech Poznań – Arka Gdynia 1:2 (0:0) po dogrywce
0-1 Siemaszko 107’ asysta Marciniak
0-2 Zarandia 111’ asysta Szwoch
1-2 Trałka 120’ asysta Radut

 

Jak padły bramki:
0:1 – Marciniak dośrodkował sprzed linii końcowej, a Siemaszko mimo obecności dwóch obrońców oddał strzał głową, przy którym nie popisał się też Burić.

0:2 – Majewski stracił piłkę, a Zarandia po wspaniałym rajdzie strzelił obok wychodzącego bramkarza.
1:2 – Radut dośrodkował z rzutu rożnego, Trałka celnie strzelił głową.

 

Lech: Burić – Kędziora, Bednarek, Nielsen (109’ Radut), Kostevych – Gajos, Trałka, Majewski – Jevtić (85’ Pawłowski), Robak, Kownacki (74’ Makuszewski)

 

Arka: Steinbors – Socha, Sobieraj, Marcjanik, Warcholak – Da Silva (55’ Siemaszko), Łukasiewicz, Marciniak – Bożok (83’ Hofbauer), Trytko (71’ Zarandia), Szwoch

Sędzia: Tomasz Musiał (Kraków)


NOTA od 2x45.info: 4

 

Żółte kartki: Robak, - Szwoch, da Silva, Łukasiewicz, Zarandia
Widzów: 43 760

 

 Autor: Marcin Łopienski








Poprzedni Następny

Mapa Strony