TA STRONA UŻYWA COOKIE.
Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na korzystanie z cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

chignahuapan

Aktualności

img

09.11.2015

Poznaliśmy prawdziwą wartość Arki.

- Znamy swoją wartość - mówił nie tak dawno Antoni Łukasiewicz. W Arce już wielokrotnie w tym sezonie widać było dobrą grę, ale i też potencjał, którego wciąż nie potrafi uwolnić. W końcu nastał ten moment, bo przeciwko Dolcanowi - szczególnie po przerwie - gdynianie zagrali swój najlepszy futbol.
 

Takie mecze nie zdarzają się zbyt często, a jeśli chodzi o Arkę, to takiego spotkania trzeba by było szukać w głębokich czeluściach klubowych annałów. Wygrać z trudnym, wymagającym rywalem, który gra bardzo podobny futbol i też bije się o najwyższe cele? Jasne, bywało. Ale przegrywać dwoma bramkami i podnieść się w takim stylu? W Gdyni absolutna nowość. Można, oczywiście, powrócić pamięcią do zwycięstwa 5:2 z Zawiszą Bydgoszcz sprzed czterech laty, ale dla wielu to nad Dolcanem smakuje dużo lepiej.

Obaj trenerzy zapowiadali otwartą walkę na noże przez pełne 90 minut. I niewiele się pomylili. Jeden cios, drugi cios, knock-down, powrót na ring, agresja i absolutna dominacja po przerwie między rundami - w piątkowy wieczór Arka była jak filmowy Rocky Balboa. Mieliśmy wszystko. Mecz, który lepszej promocji I ligi nie mógł po prostu sobie wymarzyć.

 

- Takie akcje nawet na boiskach ekstraklasy są rzadko widywane! - oceniał jedną z najpiękniejszych akcji tej rundy w całej lidze w wykonaniu Arki komentujący to spotkanie Cezary Kowalski.

Jedno podanie Marcus da Silvy, odegranie górą w pięknym stylu Pawła Abbotta, ponownie Marcus, tym razem główką do Rafała Siemaszki, ten również głową oddaje strzał. I tylko Mateusz Kryczka zepsuł całość, znakomicie interweniując po tej "Brazilianie".

To działo się po przerwie, bo pierwsza połowa w wykonaniu żółto-niebieskich powinna służyć za przykład, jak nie powinno się grać w piłkę. Spała cała druga linia Arki. Brak było wsparcia w defensywie, spore luki zostawały też w ofensywie. Jednym słowem: klapa. Na pomeczowej konferencji padło nawet pytanie: "co z tymi pierwszymi połówkami Arki, bo nie zdarza się to po raz pierwszy". Ale ganić nie będziemy. Bo dopóki po przerwie zespół jest w stanie z nawiązką odpokutować za grzechy pierwszej połowy, dopóty nie ma co drążyć w skale. Zajmiemy się tym dopiero wtedy, gdy to Arka wypuści z rąk wygrany mecz.

Nie było jeszcze w tym sezonie w Gdyni drużyny, która zostałaby tak zamknięta na własnej połowie z powodu naporu Arki. Owszem, był Stomil, który postawił autokar a'la Jose Mourinho, był też GKS Katowice, któremu prawie udało się wywieźć remis po ustawieniu dziesięciu piłkarzy w obrębie pola karnego. To wszystko jednak wynik własnej nieprzymuszonej woli oponentów gdynian. Dolcan zaś został po prostu stłamszony po przerwie. Włączyła się wzmożona agresja dzięki pobudce drugiej linii. Impuls dał Antoni Łukasiewicz, który był ojcem wszystkich piłkarzy biegających w żółto-niebieskich koszulkach. Dolcan po prostu zmuszony był schować Ząbki.

- Oglądałem Dolcan już wiele razy w tym sezonie i to był zespół, który lubił utrzymywać się przy piłce, który od obrony budował swoje akcje. Natomiast nie poznawałem tej drużyny w drugiej połowie. Wielokrotnie Dolcan miał problem, żeby w ogóle przekroczyć z piłką linię środkową
- mówił po meczu ekspert I ligi i komentator Polsatu Sport Leszek Bartnicki.

- Nie potrafiliśmy się przeciwstawić temu, co Arka grała po przerwie. Wypunktowali nas - dodał pomocnik Dolcanu Szymon Matuszek.

No i kibice. Przy stanie 0:2 byli tak samo głośni, jak przy 3:2. Nie zostawili piłkarzy samych z problemem na boisku nawet na sekundę. Pierwszy gol dla Dolcanu - kibice swoje. Drugi gol - jeszcze głośniej. To, że Arka była w stanie się podnieść, to suma wszystkich zdarzeń. Najpierw, oczywiście, rękę podał król Twittera Marcin Krzywicki, marnując "setkę", później Michał Nalepa dał nadzieje golem kontaktowym i... kibice, którzy nie pozwolili upaść swoim pupilom. Wyobraża ktoś sobie, że gdynianie wykrzesaliby z siebie tyle, gdyby nie nieustający doping. Wątpliwe. A gdy przytrafią się gorsze momenty, trener Niciński powinien tylko powiedzieć do piłkarzy: "Pamiętacie drugą połowę z Dolcanem? Właśnie na to was stać!".

 

Dawid Kowalski








Poprzedni Następny

Mapa Strony