TA STRONA UŻYWA COOKIE.
Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na korzystanie z cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Arka-Facebook Arka-Instagram Arka-Twitter Arka-YouTube Arka-TV Bilety Liga typera Stowarzyszenie Inicjatywa Arka
LV Bet
Gdynia Sport Wirtualna wycieczka

Aktualności

img

30.12.2017

Wspaniały rok Arki cz. 1: Dzień majowej glorii.

Minął zaledwie miesiąc, odkąd rozbitą w proch i pył Arkę przejął Leszek Ojrzyński. Ale niewiele sobie robi z tego, że jest w klubie nowy, a zwyczaj nakazywałby raczej dostosowanie się do panujących norm niż kreowanie własnych. Znany z twardej ręki trener dokonuje pokerowych zagrywek personalnych. Takich, o jakich jego poprzednik Grzegorz Niciński zapewne nawet by nie pomyślał. Odwaga – to cecha, która charakteryzuje Ojrzyńskiego jako pierwsza. 

 

– Ty, ty i ty grasz! Ty siadasz na ławce, będę cię potrzebował w drugiej połowie. Szykuj się! – wskazuje przede wszystkim na Rafała Siemaszkę, który ku zaskoczeniu wszystkich z tunelu wychodzi ubrany w klubowy dres, a nie koszulkę i spodenki. Siada jedynie na ławce. A przecież ma już 10 strzelonych goli w sezonie, najwięcej w drużynie. To pokaźny argument, by w nagrodę wyjść w szpalerze efektów dymnych oraz motywacyjnej muzyce aż do samego koła środkowego. Kierunek musi obrać jednak inny.

Kibicowska duma

W tym czasie sektor kibiców z Gdyni radośnie odpala fajerwerki. Ci ludzie cieszą się, że mogą być bezpośrednimi uczestnikami najważniejszego meczu sezonu. Są dumni, że za kilka chwil zobaczą swoich ulubieńców, którzy wyjdą walczyć o Puchar Polski.

 

Wychodzą piłkarze. Witają ich oprawy obu grup kibicowskich. Efektowniejsza chyba jednak ta z Gdyni...

Piłkarska różnica klas

Arkowcy zdają sobie sprawę, że faworytem nie są. Lech gra po raz trzeci z rzędu w finale i za wszelką cenę chce odegrać się za wcześniejsze dwie porażki z Legią Warszawa. Chce i musi, bo jego kibice wywiesili transparent: „Do trzech razy sztuka”, jakby nie dając swoim piłkarzom wyboru – albo zdobywacie w końcu puchar, albo nie pokazujcie się na oczy.

 

Ci na poważnie biorą to sobie do serca i szturmują Arkę. Gdynianie z kolei powoli zaczynają zdawać sobie sprawę, że głupio byłoby być tylko obserwatorem, jak to rywal wznosi puchar, i skoro przeszli kawał wyboistej – szczególnie pod koniec – drogi na PGE Narodowy, to warto powalczyć. Ale poznaniacy nie zmniejszają naporu. Kontrolują mecz, bombardują aluminiowy prostokąt strzeżony przez Pavelsa Steinborsa. Łotysz wyprawia jednak cuda. Broni w sytuacjach, w których partnerzy w myślach mają już smutny marsz ze spuszczonymi głowami na środek boiska, by wznowić grę.

 

To ich napędza. Ale nie do nagłej finezji w grze, bo grają ślamazarnie, nieporadnie, budząc wątpliwości o zasadność ich udziału w tym finale. Do walki. Ojrzyński to widzi i jeszcze żywiej reaguje przy linii, chcąc zacieśnić zespół taktycznie. Jego vis-à-vis Nenad Bjelica jest spokojny. Pewny siebie, że rozwiązanie worka z bramkami to tylko kwestia czasu. Trzy kwadranse szybko upływają, bramkarz Arki ociera pot z czoła. On napracował się najwięcej.

 

Sędzia Tomasz Musiał gwiżdże i zaprasza piłkarzy do szatni, wokół niego jeszcze na chwilę gromadzą się gdynianie, chcąc wpłynąć na zmianę decyzji w ostatniej akcji w tej połowie, by jednak podyktowany został dla nich rzut karny. Nic z tego.

Co on zrobił?!

Druga połowa nie przebiega już tak żwawo, jeśli chodzi o poznaniaków. Arka czuje się pewniejsza, a Steinbors może złapać kilka głębszych oddechów. Bjelica natomiast z oazy spokoju zmienia się w człowieka niepewnego, bo wie, że im dłużej na tablicy widnieje bezbramkowy remis, tym bardziej w siłę rosną rywale. Aż nadchodzi ostatnia z regulaminowych minut...

 

Oczami wyobraźni feralny strzelec Radosław Majewski podnosi już puchar. Tyle że nie wykorzystuje szansy marzeń. Symboliczny moment, a jak się później okaże, być może i najważniejszy w całym 2017 r.

 

Od tego momentu na boisku wszystko diametralnie się zmienia. Dogrywka. Lech wprawdzie stara się zapomnieć o zaprzepaszczonej piłce meczowej i konstruuje ataki, przeważa, ale zdeterminowana i żywiąca się niepowodzeniem przeciwnika Arka jest skoncentrowana w obronie. Celem – dotrwanie do konkursu rzutów karnych.

Symboliczne koło

W króciutkiej przerwie między połowami kapitan Krzysztof Sobieraj, którego dzień wcześniej o pełnienie tej funkcji poprosiła rada drużyny, robi prawdopodobnie coś, co decyduje o ostatnim kwadransie meczu. Scala drużynę w jedno kółko, każe złapać się za ramiona i wyrzuca z siebie wszystkie pokłady energii, motywuje partnerów, szarpie tych, których ma najbliżej. Przypadkowo uderzony zostaje nawet Mateusz Szwoch, ale adrenalina i emocje sprawiają, że nikt na to nie zważa. Arka wraca na murawę jak wygłodniały wilk.

 

Chwilę później pada gol. Na trybunach konsternacja, a z trafienia cieszy się ten, który „miał się szykować”. Siemaszko – niziołek przy poznańskich wieżach – zdobywa gola po trafieniu głową. Biegnie co tchu w stronę sektora swoich kibiców. Ci go szarpią z radości, nie wierzą, że na dosłownie kilka minut przed końcem finału Arka prowadzi. Absolutna euforia następuje jednak trzy minuty później, bo fantastyczny rajd skutecznie kończy Gruzin Luka Zarandia. Tego nie da się już wypuścić z rąk! Ojrzyński kręci głową, bo nie dowierza. Wyciąga różaniec, całuje i dziękuje Opatrzności za to, co właśnie się stało. I niczego nie wnosi już bramka Łukasza Trałki...

Arka wznosi puchar!

Końcowy gwizdek to obraz jak po wojnie. Pokonani leżą w różnych miejscach na boisku, a zwycięzcy biegają między ofiarami, świętując wniebogłosy swój triumf. Sensacja stała się faktem, pojawiają się łzy. Najbardziej wzruszony jest ten, dla którego finał jest 250. meczem w Arce. Cóż za uhonorowanie. Sobieraj roni łzę, dziękując za obecność i wsparcie kibicom. Piłkarze jeszcze długo łapią się za głowy, pytając jeden drugiego, czy to się dzieje naprawdę, czy faktycznie właśnie wygrali i ci, co leżą, to pokonany zespół Lecha Poznań.

 

Steinbors jest w takiej euforii, że odbierając na platformie na trybunach gratulacje od głowy państwa Andrzeja Dudy, zapomina zdjąć rękawice. Prezydent uśmiecha się na tę reakcję i klepie Łotysza po plecach. Widzi, jakie ten sukces ma znaczenie dla tych zawodników. Radości nie ma końca. Jeden drugiemu pokazuje medal, chwaląc się zdobyczą i zapominając jednocześnie, że kolega z drużyny też go ma. Chwilę później nieśmiało wznoszą puchar, chyba do końca jeszcze nie wierzą w to, czego dokonali.

 

– Swój medal oddam trenerowi Nicińskiemu. Ten finał to jego zasługa – od razu zastrzega Ojrzyński.

 

Dawid Kowalski








Poprzedni Następny

Mapa Strony